27 grudnia 2013

Love is so bad

     Witam wszystkich~!

Mam nadzieję, że chociaż wy spędziliście te święta przyjemnie w rodzinnym gronie, bo u mnie były to najgorsze święta w moim życiu... Nie ważne. 
     Chciałam przeprosić za wielokrotnie powtarzjące się błędy w ostatniej części 'I love you forever', gdzie ciągle brakowało 'ł' na końcu np. westchną itd. Już raczej je wszystkie poprawiłam i dziękuję za wypomnienie mi tych błędów na asku przez anonima ^•^ 
     Dzisiaj oddaję w wasze łapki krótkiego one-shota, który jest powiązany z 'Teraz jesteś idealny', ale jest to po prostu jakby działo się trochę wcześniej z innym zakończeniem, hm... Mam nadzieję, że się nie pogubicie ;) 

~Minam


*Natchnienie oraz podkładmuzyczny ~> LINK

     Obsesja połączona z chorą miłością, nienawiścią i pożądaniem, dawała w rezultacie tylko ból w każdej postaci. To wszystko przesycone niezdrową zazdrością, niszczącą ich obu, wypalającą jak żrący kwas rozlany na delikatnej tkaninie, szewek po szewku rozpuszczając w dybie to ciężko cięzbudowali. Jakim sposobem to wszystko doprowadziło się do tak beznadziejnego końca? Przecież oboje byli spokojnymi, oddanymi sobie osobami. Delikatna uroda i słodkie usta zapewniające wieczne oddanie i niewinność w ich soczystym dotyku. Był jednak słaby i kruchy, wrażliwy bardziej na słowa. Słowa, które przeistoczyły się w czyn. Mówili mu, że dawniej była w nim radość, teraz ton głosu i oczy straciły blask, przyznają się do strachu.
     To nie była jego wina, że tamten mężczyzna go dotknął... Dlaczego więc dostał za to taką karę? Nic nie zrobił, nie chciał tego, nie mógł powstrzymać obcych dłoni błądzących po jego ciele, i ust bezkarnie spijających pocałunki. Tą karę otrzymał on, choć był bezsilny i na tym dotyku oraz pocałunkach sie skończyło.
     Ten wieczór wcale nie miał tak wyglądać. Być może zrobił to niechcący. Nie mógł znieść świadomości ze ktoś inny go miał.
     Zaczynają się kłócić i jego usta, które kiedyś szeptały czułością, plamią teraz przekleństwa.
     -Minho!- krzyknął, biegnąc korytarzem. Strach przed własnym kochankiem, świadomość, że biegnie za nim, a on i tak nie ma dokąd uciec, wstrząsała jego ciałem, gdy nie panował nad płaczem.
Wpadł na drzwi, usilnie próbując je otworzyć. Trzęsące się dłonie w końcu szarpnęły za klamkę, lecz nie zdążył ich za sobą zamknąć. Kipiący wściekłością brunet pchnął je, złapał blond włosy swojego chłopaka, i szarpnął.
Przeraźliwy, wysokiej tonacji krzyk.
Uderzenie drobnego ciałka o ścianę.

    Minho wrzeszczał bezradnie, czując przypływającą adrenalinę i chęć wbicia w niego paznokci.
Niebezpieczny wzrok spoczął na skulonym chłopaku, którego twarz zasłaniały poszarpane, jasne kosmyki włosów. Uklęknął przed nim, chwytając za smukłą szyję. Tą, którą tak kochał i każdej nocy pieścił.

     "Byłeś powodem, dla którego oddychałem, teraz dusisz mnie..."Miłość jest zła. Im bardziej ją poznasz, tym gorsza ci się wydaje.

     "Byłeś powodem, dla którego otworzyłem oczy, ale teraz zaciemniasz moje spojrzenie..."

Boli. Tak bardzo boli. To, co nazywamy miłością.
Ohydna. Miłość jest ohydna.
Ohydni. Ludzie są ohydni.

     Wbił się brutalnie w opuchnięte od uderzenia wargi, drapiąc bezlitośnie mleczną skórę Taemina. Ranił go w każdy możliwy sposób. Miażdżył swoim ciężarem, na przemian uderzając w twarz i całując.
Ostatnimi siłami odepchnął od siebie kochanka, który teraz stał się jego oprawcą, po czym opadł z powrotem bezsilnie, a krew spłynęła po jego wargach, skapując bezgłośnie na podłogę. Otarł usta wierzchem dłoni, spoglądając w górę prosto w ocz,  które mimo gniewu i przerażającego wyrazu twarzy, wyglądały na smutne. Przysłonięte łzami.
     -Minho-o...- załkał.- Dlaczego mi to robisz? - Zacisnął usta i chwycił się krawędzi stojącej obok szafki, próbując się podnieść. Minho jednak na to nie pozwolił. Uderzył dłońmi w szafkę i przesunał po niej zamaszyście, zrzucając wszystko, co się na niej znajdowało prosto na swoją ofiarę, sprowadzając ją tym samym z powrotem na ziemię. Chwycił zaraz dodatkowo za pusty już stolik i przewrócił go, wściekle krzycząc i przeklinając.
Blondyn z ciężkim jękiem zepchnął z siebie wszystko i wstał, ale duże, silne dłonie znów zacisnęły się na jego szyi, unosząc go, przy czym zaciskał zęby. Tamten próbował się ratować, drapiąc i lekko uderzając kochanka. Nie miał siły. Stopy ślizgały się na jego własnej, rozlanej krwi, a jego twarz poczerwieniała, za chwilę bladniejąc.
Przestraszony brunet, w końcu puścił.
     -Miłość nauczy cię tylko bólu.- powiedział spokojnie, patrząc na czołgającego się chłopaka.
Doczołgał się do okna, ledwo co ponownie podniosząc się, dłońmi podpierając o parapet. Otworzył okno jak najszybciej okno, chcąc usilnie wołać pomocy.
Szarpnięcie.
Chwila szamotaniny, a ciało wyższego oparło się niebezpiecznie udami o nisko osadzony parapet, dłonie Taemina mając na torsie.
Nie chciał go zabić. Kochał go...


     -Przepraszam, Minho. - Taemin wyjrzał przez okno na dół, a pożegnalna łzy spadły na sam dół, prosto na martwe ciało jego Anioła.

"Byłeś moim Aniołem, teraz Demonem."

20 grudnia 2013

Teraz jesteś idealny

     Witam ponownie dzisiaj, o ile jest w ogóle kogo witać... Być może niektórzy moi dawni czytelnicy już to gdzieś na moim poprzednim blogu czytali, ale postanowiłam mieć porządek i dodać trochę "stary" one-shot z 2min'em, w którym nic nie zmieniłam, choć miałam w planach "ulepszenie go. Mam jeszcze jeden w zanadrzu i skoro mam czas i chęci, mogę je spokojnie wrzucić.
Zauważyłam jednak, że moja długa przerwa, której można było sie po mnie spodziewać, spowodowała, że raczej nikt tu już nie zagląda, więc... Tak czy siak, może coś z tego wyjdzie. Lubię pisać dla kogoś, wiedzieć, że komuś sie podoba.
Um.

~Mianam


*Natchnienie oraz podkład muzyczny ~> LINK

     Powoli usiadłem na łóżku.

     Bałem się, że Cię spłoszę. Zawsze się tego bałem. Ale ty leżałeś spokojnie, patrzyłeś na mnie takim zamglonym wzrokiem, pięknym. Twoje pełne, lekko popękane rozchylone wargi, które teraz były idealne. Głowa lekko przechylona na bok.

     Wsunąłem moją dłoń pod twoją, trochę zimniejszą niż moja.

     Kiedyś taka nie była, ale teraz jest idealna. Twoja skóra zawsze była blada, ale dzisiaj trochę bardziej - idealna. Jesteś teraz taki perfekcyjny.

     Wolną dłonią przesunąłem skrawek twojej koszulki, biało błękitną w czerwone plamki, tak bym mógł zobaczyć twój brzuch i te piękne wystające kości biodrowe. Przejechałem po jednej palcem, zjeżdżając na wklęsły brzuch i docierając do drugiej, pochyliłem się by jak najdelikatniej ucałować mleczną skórę pod pępkiem.

     Miłość do ciebie rozrywała mnie od środka. Trochę bolało, ale to wspaniały ból. Czasem nie mogłem uwierzyć, że jesteś cały mój, ale teraz wiem, że nigdy byś mnie nie opuścił. Nigdy mnie nie opuścisz, wiem to. Wiem też, że się bałeś. Widziałem to w twoich oczach, które wciąż na mnie patrzyły, głębokie jak czarna otchłań. Nie zauważyłem kiedy mrugałeś. Jakbyś się bał, że kiedy mrugniesz, zniknę.

     Pamiętam jak kiedyś często się kłóciliśmy. Nie chciałem Ci sprawić przykrości tymi słowami. Mówiłem je w złości. Wiesz chyba, że tak na prawdę nie myślę. Nie wiem dlaczego się tłumaczyłem, ale przypomniało mi się to wtedy, choć wiedziałem, że już dawno się na mnie nie gniewasz. Poza tym to był pierwszy dzień kiedy z twojej ślicznej buźki zniknęły zmarszczki gniewu, które ostatnio tak często przywoływałeś. Nie uśmiechałeś się tak jak i teraz, ale to było idealne. Takiego Cię chciałem, a kiedy codziennie coś mi wytykałeś mówiąc, że nie jestem idealny i wciąż czegoś się czepiałeś, wciąż czegoś Ci we mnie brakowało - denerwowało mnie to. Ale wtedy zapomniałem o tym. Przynajmniej ty stałeś się ideałem, dla mnie. Wcześniej też nie byłeś idealny. Zbyt często wspominałeś o NIM.
To głównie przez NIEGO tyle się kłóciliśmy. Długo nie potrafiłem wyjść z rozpaczy jaka mnie ogarnęła, kiedy pewnego razu podczas naszej kłótni spakowałeś kilka rzeczy do torby i wybiegłeś zostawiając mnie z siarczystym policzkiem w przedpokoju. Przecież nie zrobiłem nic strasznego byś musiał mnie opuszczać. Nie byłeś idealny. Zbyt często później po powrocie straszyłeś mnie, że znów odejdziesz, lecz tym razem ostatecznie.
To wszystko jest nie ważne, bo wiem, że już nie odejdziesz. Do końca życia zostaniesz ze mną i będziesz kochał tylko mnie. Bo kochasz mnie, prawda?

     Dotknąłem najpierw opuszkami palców twoich lekko sinawych ust.

     Chyba zawsze miały taki kolor, nie do końca cielisty, czy różowy, a gdyby nawet to teraz były idealne. Kosmyki, ciemnych włosów okalały twoją twarz. Nie wiem dlaczego tak bardzo poprzyklejały ci się do jasnych policzków i szyi. Chwile zastanawiałem się co mogło ci się stać w szyję, bo była nieco posiniaczona. Mimo to byłeś idealny.

     Odsunąłem posklejane kosmyki włosów z policzków i przyłożyłem do jednego z nich usta.

     Czułem różnicę temperatur naszych ciał. Twoja skóra na policzkach była słona, tak jak zeschnięte łzy w kącikach oczu. Scałowałem te wszystkie oznaki twojego szczęścia. Płakałeś, pamiętam. Śmiałeś się, ale teraz już nie i tak było lepiej. Kiedy się nie ruszałeś wyglądałeś jak idealna lalka, jak wyrzeźbiony przez anioły, jak z porcelany. Taki delikatny, idealny, perfekcyjny, jedyny w swoim rodzaju.

     Delikatne pocałunki skierowałem na twoja brodę i linie szczęki.

     Słony posmak po łzach zastąpiło coś słodkiego. To te czerwone plamki. Byłeś ubrudzony tak jak twoje biało błękitna bluzka. Ale to nie ważne.
Wsunąłem dłoń w twoje włosy , które wciąż były w nieładzie.

     Pojedyncze pasma przeplatały się ze sobą niczym fale, co dodawało ci niewinności. Oddając się przyjemności, kiedy pieściłem w końcu twoje usta, puściłeś swoja głowę jakby bezwładną w moich dłoniach. Starałem się być ostrożny i delikatny by nie uszkodzić twojej idealności, ale znów poczułem ten dziwny słodkawy smak. Twoją wargę naznaczyła kolejna malutka rysa z której wpłynęła nikła ilość krwi. Przestraszyłem się. Zrobiłem ci krzywdę?

     Wstałem ruszając pośpiesznie po papierowy ręcznik. Krzyknąłem byś się nie ruszał i zaczekał na mnie. Kiedy przechodziłem przez przedpokój, ktoś zadzwonił uporczywie do drzwi kilka razy pod rząd.
Otworzyłem.

     - Jesteś aresztowany za zamordowanie Lee Taemina. Masz prawo zachować milczenie, wszystko co powiesz może zostać użyte przeciwko tobie. -

      Dlaczego mi Cię zabrali? Przecież ja tylko sprawiłem, że byłeś idealny i nareszcie mogłem Cię kochać.

19 grudnia 2013

Human Animal - Fear

     Dzień dobry, cześć i czołe, bez większych wstępów, bo zaraz zapieprzem do fryzjera (xD ), a całą noc to pisałam, więc nie spałam wcale, żeby w końcu cos dodać. Wcześniej nie dodawałam, bo nie miałam dostępu do odpowiedzniego sprzętu, póxniej problemy zdrowotne, a teraz po przeczytaniu paru tworów Izzy dostałam mase pomysłów i weny, ale nie tylko na Human Animal, bo mam też juz napisane kolejne części I love you forever no i niby ten GTop, ale nie wiem, czy go nie wycofam i zamienię na historię fantastyczno-historyczno-dramatyczną o EXO, która układa sie w mojej głowie od jakiegoś czasu. Uf... Wiecie, moim marzeniem na pierwszym miejscu jest skończyć w końcu kiedys jakieś opowiadanie wieloczęściowe !!! Jeszcze nigdy nie skończyłam...
Ok juz nie przedłużając, przepraszam za przerwę w pisaniu, mam nadzieję, że ktos to jeszcze będzie czytał no i wybaczcie błędy~

PS. W zanadrzu mam stare dwa one-shoty 2min'y więc na dniach je wrzuce niedługo.

Human Animal

Part 3 - Fear

Wciąż 23 Czerwca...


    W końcu nadszedł wieczór, w kominku spokojnie wiły się płonące języki jasnego ognia, będące jedynym źródłem światła w salonie, nadając pomieszczeniu przytulnego wystroju i pomarańczowo-żółtych akcentów. Miotaczem ognia okazał się być Kibum, bo ja nie ważne jak bardzo się starałem, to za każdym razem po chwili wszystko gasło i nie potrafiłem skutecznie rozpalić ogniska.  Teraz jednak korzystałem z przyjemnego ciepła jakie odczuwałem, siedząc skulony na fotelu, niedaleko od źródła światła.
    - Która jest godzina? - doszedł mnie nieco zmęczony głos Kibuma, wchodzącego do salonu. Wychyliłem się zza fotela, by spojrzeć na niego, przecierającego sobie ręcznikiem mokre włosy.
     - Jak sprawdzałem przed chwilą, to była dwudziesta pięć. Teraz może być góra dziesięć po. - Usiadłem z powrotem wygodnie tak, jak wcześniej, przyciągając bardziej skulone nogi do klatki piersiowej. Wciąż trzymałem w palcach wisiorek, srebrnym kocim uszkiem sunąc po swojej dolnej wardze, a gdy na niego spoglądałem, kryształek w miejscu oka delikatnie się mienił od płomieni z kominka.
     - No a o której to niby cię te tajemnicze moce straszą? - Wyraźnie dało się wyczuć kpinę w jego głosie, jak zwykle, kiedy tylko poruszaliśmy ten temat. Rozumiem go. Sam sobie również bym nie wierzył, słuchając takich bajeczek.
     Usiadł obok mojego fotela na puszystym dywanie, choć nie wiem czy można to do końca nazwać dywanem, bo była to skóra z polarnego niedźwiedzia. W domu znajdowałem wiele cennych rzeczy, a posiadłość wykupiłem go za na prawdę przystępną cenę.
     - Różnie. - Odpowiedziałem po chwili zastanowienia się i zacząłem szukać w pamięci jakie to były w okolicach godziny.  - Tydzień temu pierwszy raz, patrzyłem przez okno, gdy ode mnie wychodziłeś, hm... Pamiętasz? Pomachałem ci. - Spojrzałem na niego, widząc, że wyraźnie sięga gdzieś pamięcią, zaraz przytakując mi głową, na której miał wciąż ręcznik. Kiedy tak na mnie patrzył, to mimo półmroku panującego w salonie, wolałem na wszelki wypadek schować wisiorek pod koszulkę. Nie wiem dlaczego, nie chciałem by go zobaczył i wypytywał. - Chwilę po tym jak ruszyłeś, to coś wyszło z lasu, popatrzyło za twoim samochodem i skierowało się za dom. - Gestykulowałem rękami, by mniej więcej zobrazować mu, gdzie i w którą stronę się skierował. - Zniknął mi z pola widzenia, więc pobiegłem do kuchni dalej go obserwować, ale nie wiem o... Hej! - Pisnąłem nagle, nieco się unosząc, gdy tylko zauważyłem, że Key już wywraca oczami i bezgłośnie porusza wargami, przedrzeźniając mnie złośliwie.
     - To nie jest coś... - dał nacisk na słowo "coś" - ... tylko zwyczajny wilk, bałwanie. - Spojrzał na mnie karcąco, trochę jakby mówił, że jestem idiotą. - Wyszedłem wtedy od ciebie około dwudziestej drugiej, em... Pamiętam to, bo to wtedy tak ostro sprzątaliśmy. W pierwszy dzień nie spodziewałem się, że będziemy doprowadzać do porządku tą ruinę przez tydzień. - Opuścił ręce z ciężkim westchnieniem, a ręcznik opadł na białe futro "dywanu" za plecami Kibuma. Unosił sie od niego świeży zapach kokosu z odrobiną czekolady. Czyli użył swojego żelu do kąpieli i mojego. - Jeszcze dwie godziny, a mi się chce już spać. - jęknął, robiąc dziwaczny grymas.
     - Nie koniecznie... - mruknąłem, patrząc w stronę okna, gdzie w szybie odbijał się nasz salon.
     - Co znowu tym razem? - zapytał znudzonym tonem, podnosząc na mnie niby to zmęczony wzrok. Widziałem, że udaje, żebym mu dał spokój i pozwolił iść spać.
     - Następnego dnia siedział pod na trawniku od strony lasu, patrzył mi centralnie w okno. - Pokazała dwa palce jakbym chciał sie dziobnąć w oczy, a mój lęk z tych samotnych nocy znów do mnie wracał, bo zbliżały się te godziny, w których go widziałem. - To było około dwudziestej czwartej, ale mógł być już tam wcześniej. - Wzruszyłem ramionami, bawiąc sie palcami u stóp, by wyglądało, że aż tak bardzo sie tym nie przejmuję. - To wtedy zacząłem malować jego oczy.
     - No a w następne dni? - Key rozprostował nagie nogi w stronę kominka, dłońmi podpierając sie za sobą.
      - Wczoraj i dzień wcześniej chodził tam i z powrotem, po czym po jakimś czasie sobie usiadł i gapił się. Sprawdzałem tak co jakiś czas od trzeciej do szóstej. Pozostałe noce krążył i siadał na zmianę od dwudziestej trzeciej do świtu - Pamiętam, że czułem się obserwowany, nieswojo, jednak... Odnosiłem tez wrażenie, że jestem bezpieczny mimo iż powinno być na odwrót.
     - Może się do ciebie przywiązał ssak? - Spojrzałem na Kibuma z pod byka. - No co? Próbowałeś otworzyć okno i nie wiem... Pogwizdać do niego, czy... Zawołać? - Proponował, przy czym zgiął jedną nogę w kolanie.
     - No co ty?! Boję się... Jeszcze się wkurzy i zje mnie za dnia albo ciebie... Nie ma mowy. - Przejąłem sie tą wizją, a strach we mnie rósł, bo minuty mijały i mijały.
     - Nie histeryzuj. - Zmarszczył czoło, za którym zawisły pojedyncze, mokre kosmyki włosów, a jego wygoloną stronę, miałem akurat na widoku. - Przecież on jest na dole a ty na górze. Nic ci nie zrobi, królewno. - Podniósł się, wziął ręcznik i ciężkim krokiem wyszedł z salonu. Mój wzrok zaraz powędrował w stronę okna. Tego okna,  które miało widok na las za domem, czyli czarną dupę o tej porze. Palcami już jakoś odruchowo powędrowałem po dekoldzie, natrafiając opuszkami drobny wisiorek. Zsunąłem niespiesznie nogi z fotela na puszysty dywan, w którym zagłębiły się moje nagie stopy, a moja krtań zaczęła drżeć niezauważalnie, kiedy nuciłem cicho tą melodię, tą ze szkatułki. Małymi, powolnymi kroczkami zbliżałem się do okna, widząc w szybie odbicie siebie i części salonu.
     - Żeby go nie było... Żeby go nie było... Błagam - szeptałem cicho, przestając nucić i zamknąłem oczy, kładąc drżącą dłoń na parapecie, w drugiej ściskając koci pyszczek na mojej szyi. Powoli otworzyłem oczy, a czoło i kark oblał zimny pot, dech mi zaparło, kiedy zobaczyłem złocisty blask.
     Odetchnąłem z ulgą opuszczając ramiona, bo zrozumiałem, że to tylko odbijające się w szybie płomienie z kominka. - Nie ma go... - mruknąłem, poluźniając uścisk palców na naszyjniku. Zmrużyłem oczy, wpatrując się w ciemność jaka ogarnęła lat i mały skrawek trawnika.
     - I co? -
Podskoczyłem, gdy głos Kibuma usłyszałem tuż przy uchu.
     - Nie słyszałem jak przyszedłeś. - Odwróciłem się, by wyminąć, następnie wrócić na swoje miejsce. - Nic na razie nie ma - mruknąłem, opierając w tym czasie łokieć na podłokietniku z fotela, podbródek podtrzymując na dłoni, by patrzeć w okno równoległe do tamtego, przy którym chwilę temu stałem. To w odróżnieniu do tamtego wyglądało na front domu, gdzie niebo jeszcze nie do końca sczerniało, przejawiając jeszcze nikłe akcenty pomarańczy, czy ciepłego różu.
     - Może dał sobie spokój. Zrozumiał, że nie ma u ciebie szans - zaśmiał się złośliwie, znów siadając na dywanie, tym razem twarzą do kominka.
    - Ha. Ha. Ha. Bardzo śmieszne. Mógł byś... - Zdanie przerwał mi głośny zwierzęcy ryk, dochodzący z zewnątrz. Oboje otworzyliśmy szeroko oczy i automatycznie wyprostowaliśmy się jak napięte struny w gitarze.
    - Co to było? - wymamrotał Kibum, przenosząc się na klęczki, patrząc w stronę okna.
    - Nie mam pojęcia, pierwszy raz to słyszę... - Wstałem, złapałem go za nadgarstek i pospiesznie pociągnąłem na schody, by dostać się na górę, do mojego pokoju. Mimo mojego kuśtykania, zrobiliśmy to dość sprawnie i szybko, wiec po chwili już zamknąłem drzwi mojej sypialni. - Zobacz - poleciłem mu, wskazując okno skinieniem głowy, trzęsąc się jak galareta i obgryzając już jeden palec.
    - A ty? - Spojrzał na mnie przez ramię, idąc już powoli w stronę okna.
    - Ja nie chce go widzieć... - oparłem się o drzwi, zakładając ramiona na pierci. Patrzyłem na Kibuma, jak ten bierze głęboki wdech i w końcu staje przy oknie.
    - Jest! - Uśmiechnął się podekscytowany. - Zgaś to światło, póki tu nie patrzy. - Machnął ręką w moja stronę, nie odrywając wzroku od okna. Zrobiłem co mi kazał, a wokół zapanowała zupełna ciemność, przyprawiająca mnie o większych dreszczy. - To na pewno jest wilk. Co prawda duży i raczej... puszysty, ale wilk. - Odszedł od okna i wyjął z kieszeni komórkę, patrząc w wyświetlacz i przesuwając po nim kciukiem. - Udowodnię ci, że to prawda. Patrz prze okno. - Szybkim krokiem znalazł sie juz przy mnie, napierając dłonią na moje ramię, więc odsunłem się na bok, nie mając pojęcia jeszcze co ten planuje.
     - Co ty robisz? - zapytałem, marszcząc brwi i znów przyłapałem się na miętoszeniu w palcach naszyjnika, jakby to pomagało mi sie odstresować.
     - Posłuchaj - zaczął - pójdę tam, oświetlę go latarką, którą mam w telefonie, on się przestraszy i ucieknie, jak to dzikie zwierzę, a ty masz patrzeć przez okno i przekonać się, że to zwykły wilk. Wtedy przestaniesz grzecznie wariować przez tą durną książkę. - Już w trakcie mówienia tego, otworzył drzwi i wyszedł, wołając ostatnie słowa z korytarza, następnie zbiegając po schodach.
     - Nie! Oszalałeś?!- krzyknąłem jeszcze, biegnąc za nim, zaraz jednak przeklnąłem w myślach na moją zranioną łydkę i oparłem się o ścianę. Wróciłem pospiesznie do pokoju, przytrzymując sie czegokolwiek, bo przez te gwałtowne ruchy naruszyłem ranę i teraz piekielnie bolało. Nie miałem siły i odwagi, by iść za nim. Modliłem się, by wszystko odegrało sie tak jak powiedział.
     Podszedłem do okna i oparłem dłońmi o framugę. Był tam. Taki sam jak zawsze. Nigdy jednak nie widziałem go dokładnie. Zawsze tylko wszechobecny mrok i te jego oczy. Patrzył na mnie...
    Po kilku sekundach jednak mrugnął spokojnie, bo oczy błyszczące w cieniu przygasły na chwilę, zarys jego sylwetki podniósł się z siadu. Odwrócił się i wszedł do lasu.
     - Nie... - szepnąłem zawiedziony, muskając opuszkami zaparowaną od mojego ciepłego oddechu szybę. Przecież Key idzie tam do niego, a on sobie poszedł...

                                             ***

      Zszedłem  całkiem boso z ganka po trzech schodkach, rozglądając się dla ostrożności, bo jakoś nie do końca czułem sie pewnie w tej ciemności. Trochę adrenaliny ze mnie uciekło, ale nie miałem zamiaru odpuścić. Szybko włączyłem aplikację latarkę iw mojej komórce i oświetliłem sobie choć trochę drogę. Noc była raczej ciepła, ale wiał chłodny wiaterek, porywając mój przyduży T-shirt i jeszcze wilgotne kosmyki brązowych włosów, a przynajmniej tej nie zgolonej części. Na nogach zaś dostałem gęsiej skórki, bo miałem na tyłku tylko krótkie, białe spodenki.
     Ruszyłem wzdłuż ściany domu, tuż przy parapecie, gdzie mogłem zajrzeć do salonu, ale skupiłem sie na tym co miałem przed sobą i pod gołymi stopami, bo nie chciałem by coś mi się w nie wbiło, co było bardzo prawdopodobne, bo światło telefonowej latarki nie było zbyt jasne.
     Dotarłem do rogu, za zakrętem nieopodal powinien stać wilk, więc im bliżej stałem, tym bardziej waliło mi serce, a ja miałem wrażenie, że i on je usłyszy. Zakryłem światło latarki dłonią i oparłem się plecami o ścianę, chcąc najpierw sie uspokoić, bo jeśli spanikuj może być nieciekawie. Na pewno wyczuje mój strach. Wziąłem większy wdech, ale bezgłośnie, a moje oczy już przywykły do ciemności, więc gdy wyjrzałem, widziałem wszystkie krzaki i drzewa wyraźnie, ale nie było jego. Opuściłem zrezygnowany ręce i zmarszczyłem czoło, spokojnie wychodząc zza zakrętu, oświetlając wszystko dookoła małą latareczką. Znalazłem sie na samym środku trawnika, tam gdzie siedział, co potwierdzał owalny fragment wygniecionej trawy. Westchnąłem i spojrzałem w górę, w okno sypialni Taemina, który wzruszył ramionami, a ja gestem dłoni pokazałem, że pójdę dalej sprawdzić, co wywołało u niego jakiś dziwny napad gestykulacji i histerii, więc pewnie krzyczał coś, ale dziękowałem bogu, że nie słyszę. Tak jak postanowiłem, poszedłem dalej, świecąc wciąż przed siebie. Znalazłem się po stronie domu, gdzie w ścianie nie ma okien, prócz małego, okrągłego okienka ze strychu, a i ta strona graniczy z lasem. Tylko od frontu i lewej strony dom otacza pole i żwirowa droga prowadząca na tą asfaltową, która ciągnie się aż do miasteczka.
     Spokojnie podszedłem do krzaków jakoś tracąc wszelkie lęki, a w świetle latarki zabłysły dwa pierścienie. Błysk tych oczu... Patrzył na mnie jakby z pod byka... Cały kruczo czarny, wielki, dziki kot. Nie byłem w stanie nawet wziąć w oddechu, pozostając w tej chwili w bezruchu. Do uszu dochodziło mnie niskie warczenie, typowe dla tego rodzaju dzikich kotów, co raz po raz przerywało ciche jakby rozdzieranie prześcieradła, bo na prawdę nie wiedziałem z czym to skojarzyć. Sądziłem, że gdy będziemy taki sobie patrzeć w oczy, a ja nawet nie drgnę, nic sie nie stanie, kiedy on nagle przyczaił się, przylegając niemal brzuchem do ziemi, biodra unosząc nieco wyżej, przy czym długi, gruby ogon falował niespokojnie. Przygotowywał się do skoku, wiedziałem o tym. W szoku nie byłem jednak w stanie zareagować, a palce zacisnęły się na komórce, której światło odbijało się od błyszczącej sierści. Patrzył tak chwilę na mnie w górę, marszcząc nos, ukazując tym kły i skoczył, odbijając się łapami, wydając z siebie głośny lamparci ryk. Chciałem odskoczyć do tyłu, ale tylko potknąłem się, zaciskając powieki i padając na plecy. Ostatnie co widziałem, to jego szeroko otwarty pysk, ukazujący całe ostre uzębienie. Telefon gdzieś obok leżał na trawie, a ciszę nocną przeszywał znów ten niski pomruk. Miałem go tuż przy uchu, a ciężka łapa naparła na moje płuca. Nie wiedziałem jak długo wstrzymuje oddech, ale teraz i tak nie potrafiłem nabrać powietrza, wciąż nie otwierając oczu. Po chwili pomruk ucichł, jak i łącznie z tym zniknął nacisk na moim torsie. Głęboki, obszerny i głośny oddech, jaki czułem na policzku i szyi, stał się delikatny i subtelny. Zaciskałem wciąż powieki, dłonie zaciskając w pięści , mając między palcami kępy trawy. Lekko zgięte w kolanach nogi i przylegające do siebie nagie, zimne uda, spięły się jeszcze bardziej, gdy po skórze przejechały delikatnie po całej długości, od ud do stóp... pazury? Ta, pewnie tak, ale dotyk był jakby... opuszków palców, ale to pewnie mi sie wydawało.
     Oddech z policzka przeniósł się na moje usta, a ja wciąż nie miałem odwagi otwierać oczu, odnosząc wrażenie, że zaraz stracę przytomność. Poczułem niejaki dotyk na moich lekko spierzchniętych, rozchylonych wargach. Odruchowo uniosłem ręce i to coś odepchnąć. Spodziewałem się miękkiej sierści w której zatopię palce, ale jej nie było... Jakiś materiał...
     Nacisk na moich ustach, które mocno zacisnąłem, ustąpił, a materiał pod dłońmi zastąpiła rzekoma sierść. Powrócił ten niepokojący dziki warkot, dodatkowo wzbogacony w wściekły syk. Oparł sie silnie dużymi łapami na moich barkach, wbijając mnie niemal w miękką ziemię  swoją siłą i ciężarem. Krzyknąłem głośno i przeraźliwie, sam nie poznając swojego głosu, a paznokcie wbiłem jak najsilniej w jego skórę, wywołując u niego specyficzny ryk, a następnie ulga... Puścił mnie.
Ciężki oddech....
Cichy szelest w trawie, później w krzakach i cisza...
     Nie wiem ile sekund, czy minut minęło, jak ostrożnie podparłem się na łokciach i spojrzałem w złowrogą ciemna czeluść lasu. Nic... Przez chwilę nawet zastanawiałem sie, czy to było naprawdę, a moje słonie badały ciało, sprawdzając czy jestem skaleczony. Ja w ogóle żyję? Oddychałem szybko, przerażony jak jeszcze nigdy. Spojrzałem na leżący obok w trawie, wciąż świecący telefon i siegnąłem po niego.  
     - O mój boże... - szepnąłem sam do siebie, zaczesując włosy na bok. Właśnie otarłem sie o śmierć i ten fakt z każdą chwilą przyprawiał mnie co raz bardziej o mdłości. On w każdej chwili może wrócić. Kiedy tu był, czułem się... jakbym stał oko w oko ze śmiercią, a nawet nie zdążyłem pomyśleć o życiu i wcale całe życie nie przeleciało mi przed oczami. Nie mogłem odrzucić od siebie faktu, że mimo wszystko, odczuwałem jakąś chorą ekscytację, kiedy mnie delikatnie dotknął... że był tak blisko. Czy... Czy on mnie w jakiś sposób... pocałował? Tym swoim kocim pyskiem...? Dotknąłem opuszkami palców swoich ust. Jak on to zrobił? Miałem tyle pytań. Może to mi się wydawało?
     Podniosłem się, otrzepałem ubranie z trawy i ziemi, po czym złapałem się za bark, by rozmasować go choć trochę, człapiąc już w stronę frontowej części. Na schodach stał już Tae w tej swojej słodkiej piżamce w muffinki, do tego ciasno owinięty cieniutkim sweterkiem. Wypatrywał mnie nerwowo, a ja ogarnąłem się i udawałem, że nic się nie stało.
    - O Jesteś! - Zbiegł ze schodów i podbiegł do mnie jak przestraszony dzieciak do mamusi. - Co tak długo? Widziałeś go? - wypytywał, zaniepokojony patrząc na mnie tymi dużymi, brązowymi oczami.
     - Tak. To wilk. - skwitowałem bez zastanowienia i objąłem go ramieniem, czując wciąż lekki ból w barkach. - Na stówę. Nie martw się. Uciekł jak tylko mnie zobaczył. Później poślizgnąłem się na tej pieprzonej trawie i teraz mam zajebiście brudne plecy. - Ruszyłem z nim do środka. Ucieszyłem się, że w końcu sie uspokoił i naprawdę mi wierzył.
     Dlaczego ten stwór nic mi nie zrobił? Może Minnie tez nic nie zrobi. Może rzeczywiście go lubi... Po prostu sie przestraszył, a kiedy zrozumiał, że jestem nie groźny... Był taki delikatny. To ja zrobiłem mu krzywdę, wbijając paznokcie w ciepłą skórę. Musiało go to zaboleć, skoro tak zareagował. Oby sie do mnie nie zraził, bo mimo wszystko nie zrobił mi nic nawet kiedy go skrzywdziłem.
Był taki sam... Taki jak w książce. Te oczy... Nie wiem dlaczego wyobrażałem sobie, że to ten mężczyzna o złoto brązowych oczach. Nie rozumiem sam siebie. Dlaczego chciałem go znów spotkać, zobaczyć wyraźnie, w spokoju, skoro tak sie przeraziłem? To niedorzeczne! To by przecież oznaczało, że...
    - "Ostrza przy łapach i pysku nie oszczędzą ciała dziewicy..." - przypomniały mi się słowa z księgi. No tak, może to dlatego, że nie jestem dziewicą? Tak, to logiczne.